,,MOJA FASCYNACJA BIAŁACZOWEM”

Do Redakcji Elektronicznej Kroniki Gminy Białaczów przesłano maila o następującej treści.
,,Dzień dobry. Z radością znalazłam Elektroniczną Kronikę gminy Białaczów z Pańskimi wpisami. Białaczów to Mała Ojczyzna mojego Dziadka i Taty.
Moja fascynacja Białaczowem i historią Platerów, trwa od kilku lat. Mam segregator, w którym gromadzę wszystko, co udało mi się znaleźć w internecie. Miałam nadzieję, że trafię gdzieś na nasze nazwisko.” 

Pozdrawiam społeczność Białaczowa.

Luiza Kosma z domu Długokęcka


ANTONI DŁUGOKĘCKI- NADWORNY LEŚNICZY HRABIEGO PLATERA

/zdjęcie Antoniego Długokęckiego, zrobione 21 listopada 1937r/

Dziadek mój, Antoni Długokęcki urodził się w 1904 r. w okolicach Mławy, ukończył szkołę dla leśników, prawdopodobnie w Warszawie i został skierowany do pracy w tartaku Konewka. Przybył tam z ciężarną żoną Marianną z domu Płoską. Przydzielono im izbę mieszkalną z elektrycznością. Wkrótce urodził się mój tata, który został ochrzczony w Inowłodzu. Nie wiem , jaki był powód, ale na początku wojny dziadek przeniósł się do Białaczowa i pracował dla hrabiego Platera. Mieszkali wtedy w jakiejś oficynie przy pałacu. 
Dziadek zaangażował się w partyzantkę. Tata zapamiętał, że w jakimś pomieszczeniu stał duży, nieużywany kominek, a wewnątrz komina powbijane były haki, na których wieszana była broń, którą, gdy trzeba było, dziadek wynosił do lasu pod połami płaszcza. Tata twierdził, że bawił się z hrabiankami, szczególnie ciepło wspominał dziewczynkę o imieniu Teresa. Opowiadał też jakąś lokalną legendę, że po wojnie ktoś z Platerów wrócił po precjoza zakopane w jakim sekretnym miejscu. 
W 1942 u dziadka pojawia się kobieta o imieniu Apolonia i poprosiła, by mogła się u niego zatrzymać pewna młoda dziewczyna. Pochodziła ona z Warszawy, nie miała nikogo. Dziadek zgodził się, ale po jakimś czasie, odkrył, że Janka jest Żydówką. Miała tak zwany dobry wygląd i do końca wojny uchodziła za kuzynkę. Apolonia przed laty pracowała u jej rodziców w charakterze niani.  Kiedy zaczęła się likwidacja getta, postanowiła ratować swoją podopieczną i wyprowadziła ją z getta. Nie wiem, jak długo się ukrywały, ale z jakichś powodów trafiły do Białaczowa. Apolonia uratowała Jankę, ale sama nie dożyła końca wojny. Umarła na gruźlicę. Do Janki wkrótce dołączył narzeczony jej siostry. I tu mam tylko fragmentaryczne informacje, jak do tego doszło. Oboje dotrwali do wyzwolenia. Po wojnie nie mieli nikogo bliskiego, pobrali się i wyemigrowali do USA. Tam urodził się ich jedyny syn. Janka i mój dziadek utrzymywali listowny kontakt aż do jego śmierci w 1977 r.  Nawet mój tata nie wiedział, kim była dziewczyna, która u nich mieszkała podczas wojny. Utrzymywał, że ma w Ameryce ciocię. Kiedy w 2017 r. postanowiłam napisać list do Stanów, Janka jeszcze żyła. Teraz utrzymuję kontakt z jej synem. 
Po wojnie dziadkowie mieszkali w jakimś modrzewiowym dworku w pobliżu pałacu.



MIROSŁAW DŁUGOKĘCKI- SYN ANTONIEGO

/zdjęcie pochodzi z 5 lipca 1942 r, wykonane w Wąglanach/

Mój Tata urodził się 3 kwietnia 1937 roku w Glinniku koło Tomaszowa Mazowieckiego. W latach osiemdziesiątych tata zabrał mnie i moja siostrę do Białaczowa, która była dla niego krainą sielskiego dzieciństwa. Tam chodził do szkoły, tam miał przyjaciół.  Dworku już nie było. Stojąc na skraju lasu, pokazał nam miejsce, gdzie niewybuch rozerwał jego kolegę. Podobno wewnątrz pocisków były elastyczne elementy, wypełnione materiałem wybuchowym, które po opróżnieniu nadawały się na pończochy dla lalek. Chłopcy dawali je koleżankom. Tym razem się nie udało… Tata też otarł się raz o śmierć. Być może zachowały się nawet jakieś dokumenty dotyczące tego incydentu. Po wkroczeniu Armii Czerwonej wśród pijanych żołnierzy wybuchła awantura.  Jeden z nich wyciągnął pistolet, a drugi bez wahania przeciągnął serią z karabinu w jego kierunku. Tata  miał pecha. Stał za żołnierzem z pistoletem. Jako ośmiolatek oberwał 2 cm od serca. Lekarze nie dawali dziadkom nadziei, że ich syn z tego wyjdzie. Nie wiem, czy były jeszcze inne ofiary tej strzelaniny, ale tata przeżył. Do końca życia miał na klatce piersiowej paskudną bliznę. W niedługim czasie oboje dziadkowie zostali aresztowani przez NKWD. Być może poskarżyli na żołnierzy, a może wypłynęła informacja o partyzanckiej działalności dziadka. Nie mieli tu żadnej rodziny więc małym Mirkiem zaopiekowali się zupełnie obcy ludzie. Nie wiem, kto i jak ich wyciągnął, ale po pewnym czasie wrócili do domu. 

,,KAŚKA”

Jako dziecko najbardziej lubiłam historię o Kaśce, Jestem ciekawa, ile w niej prawdy i czy da się to jakoś zweryfikować.
Pewnego dnia dziadek udał się na obchód swojego rewiru w lesie. Na ścieżce znalazł maleńką wiewiórkę. Zabrał ją do domu, wykarmił, odratował. Zwierzątko było całkowicie oswojone i dostało imię Kaśka. Okna w domu były otwarte, wiewiórka śmigała między gałęziami drzew, ale zawsze przybiegała, gdy ktoś ją wołał. Tata podobno zabierał ją nawet ze sobą do szkoły. Nosił ją na piersi, a ona wystawiała łepek przez wycięcie w serek swetra taty.  Kaśka miała jedną słabość. Uwielbiała błyszczące przedmioty. Jeśli mojej babci zginęła srebrna łyżeczka lub spinka, wiadomo było, że należy szukać jej za wielką dębową szafą, za którą Kaśka miała swoją kryjówkę. Pewnego lata zdarzyło się nieszczęście. Komendant miejscowej milicji, na lekkim  rauszu, uciął sobie drzemkę pod drzewem. Czapkę służbową położył obok.  Kiedy orzełek zalśnił w słońcu, zainteresowała się nim Kaśka i zaczęła majstrować przy czapce, żeby go zabrać. Milicjant poderwał się z ziemi i nie do końca wiedząc, co się dzieje, strzelił.  Dziadkowie musieli powiedzieć synowi, że jego przyjaciółka nie żyje i w jakich okolicznościach do tego doszło. Tata wpadł w histerię, a potem w gniew. Był jeszcze dzieckiem, ale doskonale umiał obchodzić się z bronią. Wykradł dziadkowi dubeltówkę i ruszył na posterunek. Wiedział, że komendant miał wielkiego, białego psa, którego bardzo kochał. Postanowił dokonać odwetu. Komendant zauważył przez okno chłopca  z bronią i wyszedł na zewnątrz, żeby go powstrzymać. Tata strzelił a komendant zawdzięczał życie tylko refleksowi, bo zdążył  uskoczyć za masywne drzwi. Mój tata twierdził, że rodzice nigdy nie podnieśli na niego ręki, ale tego dnia dostał potężne i jedyne w życiu lanie. Ojciec powiedział mu: ,,Że chciałeś zastrzelić w gniewie psa , rozumiem, ale że podniosłeś broń na człowieka, tego nie mogę ci darować. „

/Rodzina Długokęckich, rok 1937/

LUIZA KOSMA

Redakcja. Zbigniew Szpoton

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz